GOLDEN SLUMBERS. BLOG MUZYCZNO - FILMOWY NA CZASY KRYZYSU.
Żyjemy w czasach, w których Czesia z "Klanu" pisze książkę o tym jak stać się sławną, a idiota wspinający się po piorunochronie jest postacią kultową. Dlatego tak bardzo potrzebne są w Polsce prawdziwe autorytety. A blog "Golden Slumbers" to prawda 24 razy na akapit.
Z powodu wolnego w grafiku i braku lepszych zajęć, trójka kumpli zakłada nową kapelę. Twór ów zowie się NO!NO!NO!, a w jego skład wchodzą uznane postaci rodzimej sceny pop/rockowej: Przemek Myszor, Wojtek Powaga (na co dzień - Myslovitz) oraz Tomek Makowiecki (na co dzień jako Tomek Makowiecki). I słucha się tego dobrze.
Debiut 3xNO! to przede wszystkim niezłe, polskie piosenki, owiane aurą psychodelii i posiadające delikatny, artystyczny sznyt. Nie obraziłbym się, gdyby taki np. „Doskonały pomysł” na stałe zagościł w RMFie i Zetce.
Zarówno ten kawałek, jak i cała płyta ma jedną niesłychana zaletę - nie obraża inteligencji słuchającego.
Peter Gabriel "Scratch My Back" Virgin/Real World 2010r.
Tracklist: 1. Heroes (David Bowie) - piękne* 2. The Boy In The Bubble (Paul Simon) - piękne* 3. Mirrorball (Elbow) - piękne* 4. Flume (Bon Iver) - piękne* 5. Listening Wind (Talking Heads) - piękne* 6. The Power Of Your Heart (Lou Reed) - piękne* 7. My Body Is A Cage (Arcade Fire) - piękne* 8. The Book Of Love (Magnetic Fields) - piękne* 9. I Think It's Going To Rain Today (Randy Newman) - piękne* 10. Apres Moi (Regina Spektor) - piękne* 11. Philadelphia (Neil Young) - piękne* 12. Street Spirit (Radiohead) - piękne*
New Century Classics "Natural Process" FDM Records 2009r.
O płycie NCC dowiedziałem się przypadkowo tutaj. Na stronie FDM przeczytałem dramatyczne statement wydawnictwa, które rezygnując z babrania się w oparach absurdu polskiego rynku fonograficznego, postanowiło rozdać płyty swoich wykonawców za darmo lub za symboliczne "co łaska". Zapoznając się z majspejsowymi profilami twórców, zdecydowałem się przeznaczyć swój "wdowi grosz" na debiut New Century Classics. Zaważyła na tym moja słabość do instrumentalnych zawodzeń.
Po kilku dniach, Pocztą Polską dotarł do mnie pięknie wydany album polskich post-rockowców. Elegancki digipack, ciekawa okładka i przejrzysta wkładka. To się nazywa "zrobienie dobrego pierwszego wrażenia". Już przez samą dbałość o "jakość opakowania" zespół urósł w moich oczach. Polskie koszmarki zalewające półki sklepów wydają się przy NCC niczym męska reprezentacja piłki nożnej. Byle jakie, plastikowe, a i tak zgarniają więcej niż "gryzący trawę" (co widać już w sposobie "podania" materiału) młodzieżowcy. Nie dziwi więc frustracja gitarzysty NCC Marka Kamińskiego, której dał wyraz na stronie FDM.
Jednak skończmy z (słusznym rzecz jasna) narzekaniem. Co z samą muzyką New Century Classics? Powszechnie wiadomo, że o rewolucję w post-rocku ciężej niż zmiany w PZPN. Dlatego jeśli ktoś oczekuje płyty, która zmieni jego sposób patrzenia na świat, niech porzuci nadzieje. NCC nie powstali, aby dokonać przewrotu. Powstali, żeby tworzyć muzykę, która da zwykłą przyjemność słuchaczowi. Z zadania wywiązali się wzorowo. 12 zebranych na płycie utworów słucha się z nieskrywaną satysfakcją (a już z największą, otwierający album kawałek "Post-Cards"). Za przysłowiowe "co łaska" otrzymujemy 50 minut melodyjnego post-rocka, trochę na modłę This Will Destroy You. Tam gdzie powinno być cicho, cicho rzeczywiście jest (zamykający płytę "Spiders in the Attic"), tam gdzie oczekujemy post-rockowego "tąpniecia", takowe dostajemy ("Sandbox Love"). Ściany dźwięku są? Są ("Buddha Pilot"). Instrumenty są? Są. Fajna okładka jest? Jest. Debiut udany? Udany. Szkoda tylko, że okupiony licznymi problemami natury okołomuzycznej.
Płyty możecie sobie posłuchać albo ściągnąć na oficjalnej stronie (forma fizyczna została na ten czas wyczerpana, więc nie dane Wam będzie poznać wypasionego tekturowego ubranka "Natural Process").
The Album Leaf "A Chorus of Storytellers" Sub Pop 2010r.
Mój pierwszy kontakt z twórczością Jimmy'ego LaValle'a dobrze liustruje poniższa grafika:
Jasno z tego wynika, że spotkanie było dość inspirujące. Przy balsamicznej muzyce The Album Leaf jakoś łatwiej przychodziło mi lanie wody w Wordzie. Dziś historia zatoczyła koło. Terminy znów gonią, a z nieba oprócz białego puchu spada kolejny muzyczny "listek" od LaValle'a. Czy jego muzyka i tym razem pomoże mi domknąć kolejny rozdział pisarskiego "dzieła życia"?
Szanse będą niewielkie, ale bynajmniej nie dlatego, że to zła płyta. Wręcz przeciwnie - jest dobra. Po raz pierwszy LaValle zrezygnował z bycia "Zosią samosią", na rzecz nagrania albumu z grupką muzyków. Dzięki temu niektóre kompozycje nabrały "piosenkowych" kształtów. Pewien zwrot zapowiadał już promujący wydawnictwo singiel "Falling From the Sun"(do przesłuchania tutaj). Ale na krążku znajdują się też inne przebojowe kawałki, chociażby "There Is a Wind", czy "We Are". Właśnie owa przebojowość powoduje, że album jest zbyt absorbujący, żeby połączyć go z pisaniem. Ryzyko byłoby ogromne.
Jednak oprócz nowych, przebojowych momentów, mamy również starego dobrego LaValle'a. Fani poprzednich płyt nie będą więc zawiedzeni. Znajdą ambientowo-postrockowe "Blank Pages" i "Stand Still", jak i pozbawiony zbytniej ornamentyki "Summer Fog". W "Tied Knotes" i "Within Dreams" usłyszą zaś echa twórczości Sigur Rós (wszak po raz kolejny przy produkcji płyty The Album Leaf, swoje islandzkie palce maczał "Jónsi" Birgisson). Mi ten muzyczny koktajl smakował. Wprawdzie nie przyczyni się do napisania rozdziału magisterki, ale przynajmniej zainspirował do napisania tej recenzji. Arek
Lubię zaglądać na Pitchfork. Jakkolwiek można psioczyć na dość jednolite gusta chicagowskiej redakcji, to jednak trzeba im oddać, że są obecnie największym źródłem wiedzy o tym co w trawie piszczy. Należy jednak dość ostrożnie podchodzić do ich muzycznych sympatii. Zbytnie sugerowanie się pitchforkowymi ocenami bardzo często prowadziło mnie do straty 50 minut życia poświęconych na przesłuchanie jakiegoś rzekomo "wspaniałego albumu," który miał "rozkurwiać sufity" (i wcale nie piję tutaj do zespołu Girls, czy pobocznych projektów Bradforda Coxa z Deerhunter ;).
Tym razem w oczy kłuła „dziewiątka” przyznana nieznanemu mi zespołowi Beach House. Ukłuła, ale i zaciekawiła. Wszak płyta powstała pod protektoratem Sub Popu (Nirvana, Dinosaur Jr., Modest Mouse, Fleet Foxes). Istniała więc szansa, że nie będzie to kolejny przehajpowany band zza oceanu. Z pomocą nieocenionego Spotify przystąpiłem do odsłuchu i … po raz pierwszy od dość dawna byłem wdzięczny Pitchforkowi.
„Teen Dream” słucha się z dużą przyjemnością. Jest jak dobrze zmrożona wódka – wchodzi za pierwszym razem, a człowiek nawet się nie skrzywi. Przed odsłuchem nie miałem zielonego pojęcia czego się spodziewać. Beach House byli dla mnie muzyczną tabula rasa. Spodziewałem się kilkudziesięciu minut indie-rockowego rzępolenia i szczęśliwie się zawiodłem. Już pierwszy utwór na płycie – „Zebra” – wprowadził mnie w przyjemny nastrój. Duża w tym zasługa balsamicznego i nieco hipnotycznego głosu Victorii Legrand. Przez jej wokal piosenka przypomina nieco utwory Fleet Foxes (vide "White Winter Hymnal) . Również kolejny kawałek – „Silver Soul” - utrzymuje słuchacza w stanie przyjemnego zanurzenia (by nie napisać – 0drętwienia). Balladowe „Walk In the Park” oraz „Real Love” dodają płycie liryzmu, nie mającego na szczęście nic wspólnego z tanią zagrywką pod publiczkę złaknioną rzewnych melodyjek. Ten gatunkowy misz-masz dream popu, shoegaze’u, okraszony ździebkiem elektroniki (nie cierpię etykietkowania, ale dzisiaj świat domaga się klasyfikowania wszystkiego) został perfekcyjnie obrobiony w studiu przez Chrisa Coady’ego (jegomość współpracował m.in. z TV on the Radio i Yeah Yeah Yeahs). O tym, że niezły z niego fachura możecie przekonać się osobiście. Na swojej stronie http://www.beachhousebaltimore.com/ zespół uraczył słuchaczy pierwszym singlem („Norway”).
Dwa lata temu mieliśmy MGMT, w 2009 Camera Obscura. Teraz, już na początku roku duet Beach House zgłasza swój silny akces do wyścigu o miano „najbardziej przebojowej płyty a.d. 2010”. Miesięcy zostało jeszcze 11, więc dużo może się wydarzyć. Oby! Zapowiada się dobry rocznik.