GOLDEN SLUMBERS. BLOG MUZYCZNO - FILMOWY NA CZASY KRYZYSU.

Żyjemy w czasach, w których Czesia z "Klanu" pisze książkę o tym jak stać się sławną, a idiota wspinający się po piorunochronie jest postacią kultową. Dlatego tak bardzo potrzebne są w Polsce prawdziwe autorytety. A blog "Golden Slumbers" to prawda 24 razy na akapit.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

20 mar 2010

TAK NA OKO #13: ALLEN ZNÓW W NOWYM JORKU.


Co nas kręci, co nas podnieca
reż. Woody Allen
Francja/USA 2009r.
Kino Ś
wiat






Cofnijmy się o siedem lat. W 2003 r. Allen nakręcił film "Życie i cała reszta", w którym wcielił się w rolę podstarzałego komika Davida Dobela, będącego mentorem głównego bohatera - Jerry'ego Falka (Simon Biggs). Bez trudu można było dostrzec podobieństwa między dwójką bohaterów, których dzieliła generacyjna przepaść. Falk był w gruncie rzeczy Dobelem, tylko kilkadziesiąt lat młodszym. Był Allenem z lat młodości. Na końcu filmu Dobel znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Jerry zaś opuszczając Nowy Jork wspomina swojego dziwnego przyjaciela.

Piszę o tym filmie nie bez powodu. "Życie i cała reszta" okazała się ostatnim nowojorskim filmem Allena, w którym wystąpił. Symbolicznie zniknięcie Dobela, było pewnego rodzaju znakiem, który twórca dał swojej publiczności. W swoim następnym filmie "Melinda i Melinda" reżyser już na ekranie się nie pojawił. Zaś w nakręconym w 2005r. "Wszystko gra", nie pojawił się nawet unieśmiertelniony przez Allena Nowy Jork. Reżyser opuścił Manhattan i zrealizował cztery filmy w Europie. O ile pierwszy z nich - nakręcony w Londynie film "Wszystko gra", był dziełem, które mogło konkurować nawet z najlepszymi obrazami Allena, to już kolejne dawały powody do postawienia krzyżyka na twórcy "Zeliga". "Scoop" okazał się nieudaną komedią kryminalną. Jest to zarazem ostatni film w którym zagrał Allen i póki co nie zanosi się na to, żeby nowojorski okularnik kiedykolwiek wrócił na ekran (przypomnijcie sobie, jak skończył jego bohater). Ostatni z londyńskich filmów -"Sen Kasandry", okazał się zaś łopatologiczną lekcją z Dostojewskiego, której daleko było do "Zbrodni i wykroczeń", czy chociażby "Wszystko gra". Czwarty europejski film Allena - "Vicky Cristina Barcelona", śmiało można nazwać najgorszym w jego dorobku. Jak stwierdził mój wspólnik - zamiast męczyć się na seansie, lepiej obejrzeć Discovery Travel, albo poszukać zdjęć Barcelony w sieci ... Ale na szczęście pogłoski o śmierci Allena okazały się mocno przesadzone. Reżyser wrócił do swojego naturalnego środowiska i filmowo odżył ...

Postawmy jednak sprawę jasno, "Co nas kręci, co nas podnieca" ("brawo" tłumacze) to nie "Annie Hall", "Zelig", czy "Miłość i śmierć". Niemniej zaryzykuję stwierdzenie, że w tej dekadzie to po "Wszystko gra" najlepsze dzieło reżysera. Dobrym posunięciem, było ponowne uczynienie głównym bohaterem intelektualisty-neurotyka. A już strzałem w dziesiątkę obsadzenie w roli Borisa Yelnikoffa, amerykańskiego komika Larry'ego Davida. David jest jednym z twórców serialu komediowego "Kroniki Seinfelda", a także pomysłodawcą i scenarzystą improwizowanego serialu "Pohamuj entuzjazm" (video poniżej).




Obydwaj Panowie spotkali się już dwukrotnie. David zagrał małe role w "Złotych czasach radia", a także w "Nowojorskich opowieściach". Oglądając "Co nas kręci, co nas podnieca" nie sposób odnieść wrażenia, że w osobie komika, Allen znalazł idealne medium do przekazania swoich cynicznych, przeżartych sarkazmem myśli na temat kondycji świata i natury ludzkiej.

W swoim najnowszym filmie, Allen po raz kolejny wprowadził chwyty deziluzyjne (vide "Annie Hall", "Życie i cała reszta", "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu"), które demaskują filmową rzeczywistość. Już w pierwszej scenie Boris zwraca się bezpośrednio do widzów. Ale co ważne - jest on jedynym bohaterem, który zdaje sobie sprawę z tego "że gra w filmie". Gdy mówi to swoim filmowym partnerom, ci pukają się w czoło, jakby słuchali majaków schizofrenika. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że owo burzenie ekranowego świata przez zwroty do widzów jest jedynie zwykłym "puszczeniem oczka". Sam miałem mieszane uczucia za każdym razem, gdy bohater zwracał się bezpośrednio do mnie. Ale wraz z ostatnim zdaniem, które na ekranie wypowiada Boris (też zwracając się do nas), stało się jasne, że "w tym szaleństwie była metoda". Zdradzać szczegółów nie będę, ale napisać mogę, że to jedna z najlepszych filmowych puent w karierze Allena.

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów nowojorski okularnik zaserwował nam kilka błyskotliwych bon-motów. Tyrady Borisa - choć czasami przeszarżowane, zbyt długie i na siłę naszpikowane cynizmem - są zabawne i często trafiają w sedno. Moim ulubionym "żarcikiem", jest rozpatrywanie przez Borisa kondycji ludzkiej przez pryzmat automatycznych spłuczek w publicznych toaletach.

Cynizm i intelekt Yelnikoffa zostaje bardziej podkreślony przez to, że zostaje zestawiony z rozbrajającą ignorancją młodej Melodie (dobra rola Evan Rachel Wood). Relacja między stetryczałem starcem, a zagubioną dziewczyną jest rzecz jasna kalką z "Pigmaliona". Allen starannie wycisnął komediowy potencjał płynący z zestawienia tak różnych charakterów. Bezbłędnie poprowadził też aktorów grających rodziców Melodie. W tych rolach brylują znani z serialu "Sześć stóp pod ziemią" Patricia Clarkson i Ed Begley Jr. Matka Melodie - Marietta, z bogobojnej i sfrustrowanej kobiety, staje się erotycznie wyzwoloną reprezentantką nowojorskiej bohemy. Ojciec bohaterki - John, znajduje zaś swoje prawdziwe seksualne "ja".

Powracając do kanwy komedii intelektualnej, Allen udowodnił, że spisanie go na straty było przedwczesne. W "Co nas kręci, co nas podnieca" znów momentami widać rękę mistrza. Z komedii słowa, przechodzi w stronę komedii charakterów, mieszając obydwa elementy. Nie jest przy tym rzecz jasna oryginalny. Ale umówmy się - w końcu każdy reżyser kręci w gruncie rzeczy jedną i to samą historię, podawając ją na różne sposoby. Podobnie jest w przypadku Allena. Jego najnowszy film to znów bardzo ludzka historia, w której Nowojorczyk szuka odpowiedzi na od dawna frapujące go pytania - jaki jest sens życia? czy istnieje Bóg? dlaczego ludzie są źli? itp. Jednak tym razem robi to wg mnie w o wiele ciekawszy sposób? Dlaczego? To subiektywne odczucie, które idealnie oddają słowa jednej z bohaterek "Wspomnień z gwiezdnego pyłu": Bardzo podobają mi się Pana filmy, w szczególności komedie."

Arek

19 mar 2010

TAK NA OKO#12: STRACONA SZANSA COUNTRY.


Szalone serce
reż. Scott Cooper
USA 2009r.
Imperial - Cinepix





Swego czasu w mojej prywatnej klasyfikacji najbardziej obciachowych rzeczy, muzyka country zajmowała jedno z czołowych miejsc. Niosła sobie mniej więcej takie samo stężenie "siary" co techno, disco-polo, chodzenie w kalesonach, czy granie króliczka w szkolnym przedstawieniu. Metka "uncool" lgnęła do country jeszcze mocniej, gdy raz do roku telewizyjna dwójka pokazywała rodzimy Piknik Country w Mrągowie - z atrapami amerykańskich kowbojów na scenie i odpowiednikami redneck'ów pijących piwo pod sceną.

Ale w miarę nabywania kulturowego "backgroundu", zmieniało się moje postrzeganie tego gatunku. Rodzajem iluminacji był dziewiczy odsłuch tego utworu,



który jak się później dowiedziałem, nie był nawet autorską piosenką tego Pana, a coverem przeboju Nine Inch Nails. Jednak kawałek na tyle przyczynił się do przysłowiowego "zmiażdżenia jaj", że wzbudził mój szacunek dla Człowieka w Czerni (na tyle, że nawet nabyłem jego płyty). To przełożyło się z kolei szacunek dla całego gatunku, którego wprawdzie miłować i znać na wyrywki nie muszę, ale niebagatelnej roli i miejsca w amerykańskiej kulturze zanegować w żaden sposób nie mogę.

W 2005 roku (polska premiera odbyła się w 2006r.) James Mangold nakręcił "Spacer po linie" - biograficzny film o wspominanym powyżej Johnny'm Cash'u. Był to jeden z nielicznych głośnych (czyt. - powstałych w wielkiej wytwórni i szeroko reklamowanych) filmów fabularnych, którego motywem przewodnim była właśnie muzyka country. Film odniósł spory sukces finansowy i artystyczny. Laury zbierali przede wszystkim odtwórcy głównych ról - Joaquin Phoenix i Reese Whiterspoon (Oscar dla najlepszej aktorki). Cztery lata po filmie Mangolda, do kin trafia kolejny film którego tłem jest najbardziej amerykański gatunek muzyki.

O ile "Spacer po linie" był swoistym hołdem złożonym jednej z największych muzycznych ikon Ameryki, to "Szalone serce" można uznać za dzieło będące gorzkim komentarzem przemian, które dokonały się w country. Film Coopera jest na swój sposób dekadencki, gdyż ukazuje przemijanie muzyki amerykańskich kowbojów. Symbolem tego przemijania jest Bad Blake (Jeff Bridges), niegdysiejszy gwiazdor country, który nie dość, że zmuszony jest odgrywać chałturę w podrzędnych barach, to na dodatek jest na najlepszej drodze do wszycia sobie esperalu. Bad Blake jest - nomen-omen - melodią przeszłości. Na czasie jest zaś jego kolega po fachu - kilkadziesiąt lat i kilogramów młodszy Tomy Sweet (Colin Farrell). Niezwykle frapujące w owej relacji jest to, że twórcy nie uczynili ich rywalami sensu stricto. Dla Sweet'a, Bad Blake jest idolem. Co więcej, młody artysta ma wobec niego dług wdzięczności, gdyż to właśnie Blake pisał jego pierwsze wielkie przeboje. Sweet darzy Blake'a szacunkiem, Blake zaś unosi się honorem i nie chce wystąpić gościnnie na nowej płycie Sweet'a. Jedynym powodem dla którego mimo wszystko decyduje się na współpracę są pieniądze (supportuje występ młodej gwiazdy).

Ta ciekawa więź, która nie opiera się na bardzo hollywoodzkim motywie rywalizacji, a raczej utrzymana jest w tonie "respektu dla tradycji", w kontekście całego filmu staje się niestety tylko obiecującą zapowiedzią. Gdyby twórcy bardziej pochylili się nad ową relacją Blake-Sweet, moglibyśmy otrzymać jeden z najlepszych filmów ukazujących przemijanie tzw. "prawdziwej sztuki". Bo muzyka country jest w Stanach Zjednoczonych sztuką. Niesie ze sobą szalenie istotne sensy dla amerykańskiej kultury - niezależność, wolność, konfrontację, wzniesienie się ponad przyziemność. Ale owe wartości przemijają. Przemieszczanie się (wędrowanie) z miejsca na miejsce za pomocą różnych wehikułów, zostaje zastąpione potężną i dobrze zorganizowaną machiną - dziesiątkami ciężarówek. Kameralna atmosfera muzycznego wydarzenia, przytłoczona jest gigantyczną sceną i technicznymi fajerwerkami. Współczesna gwiazda country nie jest zaś typem oschłego twardziela pokroju Casha, a raczej postacią, która musi spodobać się szerokiej publiczności.

Niestety tak jak pisałem, traktat o sztuce schodzi na dalszy plan. Na pierwszy wysuwa się zaś Blake i jego zniszczone życie - kłopoty z alkoholem, bogata w miłosne niepowodzenia przeszłość, problemy z agentem, zesłanie na muzyczny margines. Sposób w jaki zostały ukazane jego słabości, razi jednak tabloidowym efekciarstwem i przerysowaniem. Rzecz jasna w jego życiu musi pojawić się punkt zwrotny, który pozwoli bohaterowi ogarnąć swoje życie i uchroni filmową historię od bycia kroniką upadku. Owym punktem zwrotnym jest najmniej atrakcyjna dziewczyna superbohatera w historii kina Maggie Gyllenhaal (Ci co widzieli "Mrocznego Rycerza" wiedzą co mam na myśli). Grana przez nią Jean, ma w sobie tyle wdzięku co bohaterki PRL-owskich kronik. Scena "wywiadu" kiedy ni z tego ni z owego bohaterowie zaczynają na lewo i prawo sypać "życiowymi mądrościami" to sześć gwiazdek w skali sztuczności. Od razu pojawia się iskra, bohaterowie nie mogą bez siebie żyć, a Bad Blake koniec końców uznaje, że to co robił ze swoim życiem było dość niefajne i że w końcu musi dostosować się do "nowych czasów".

Jakoś ciężko jest mi pisać o roli Jeffa Bridges'a. Uważam, że tegoroczny Oscar powinien powędrować albo w ręce Clooney'a albo Rennera. Bridges rzecz jasna zagrał bardzo dobrze, ale jak dla mnie - zbyt "oczywiście". Choć to już bardziej wina scenarzystów niż jego samego. Od początku wiemy, że mimo nękających głównego bohatera demonów, jest to jednak wrażliwy, poczciwy człowiek.

Jeśli miałbym Wam coś zasugerować, to zamiast samego filmu lepiej posłuchajcie nagrodzonej (zasłużenie!) Oscarem piosenki z filmu (video poniżej). Lepsza i 25 razy krótsza.*



* a zoszczędzony czas możecie poświęcić na przykład na przesłuchanie "American Recordings" Johnny'ego Casha :-)

Arek

16 mar 2010

TAK NA OKO #11: BEŁKOT ANIOŁA.


Nostalgia anioła
reż. Peter Jackson
Nowa Zelandia/USA/
Wlk. Brytania 2009r.
UIP







Mimo że od premiery ostatniego pełnometrażowego filmu Petera Jacksona minęły cztery lata, nie można napisać, że reżyser w tym czasie próżnował. W końcu żeby dokonać TAKIEGO wyczynu, trzeba trochę się napracować.


Zapewne nie był to efekt Abgymnica, Pajączka, czy witaminek, a zwyczajnej ludzkiej zawziętości, połączonej z magiczną dietą MŻ. Niestety ten spadek wagi przyczynił się najwidoczniej do spadku filmowej formy jednego z największych współczesnych kinowych wizjonerów. Po czterech filmach ("Władca Pierścieni x3" + "King Kong"), które kosztowały więcej niż "Avatar", Jackson postanowił nakręcić dzieło bardziej kameralne, któremu najbliżej do jego "Niebiańskich istot", niż do trylogii "złego smaku", czy też wymienionych wyżej mega-produkcji.

O co chodzi w "Nostalgii anioła"? Film jest historią 14-letniej dziewczynki - Susie (Saoirse Ronan), która została zgwałcona i zamordowana przez swojego sąsiada George'a Harveya (świetnie ucharakteryzowany Stanley Tucci). Po śmierci trafia ona do czegoś na kształt "nieba" i właśnie z niego śledzi życie swojej rodziny oraz swojego oprawcy.

W religii chrześcijańskiej, śmierć nie musi oznaczać końca. Wręcz przeciwnie, może być początkiem nowego życia w Królestwie Niebieskim. Może i w przypadku Susie tak będzie. Niemniej już teraz mogę napisać, że z pewnością wraz z jej śmiercią kończy się "to co dobre" w samym filmie Jacksona. Kończy się suspens, atmosfera lęku. Po śmierci Susie zaczyna się ten "zły film" - bełkotliwa historia zagubionego anioła, który błąkając się po cyfrowym niebie, tęskni za fizycznym światem. Śledzi losy swoich bliskich, czasem się smuci, czasem się denerwuje. A na końcu podsumowuje całą historię patetycznym i bełkotliwym monologiem.

Poza nudną i kulawą historią, w "Nostalgii anioła" Jackson popełnił również wpadkę obsadową, angażując do roli ojca Susie Marka Wahlberg'a. Zagrał nieźle, tyle tylko, że przez swoją młodzieńczą twarz, wygląda bardziej jak starszy brat, niż ojciec. Oglądając go jako ojca, czułem pewien dysonans, gdyż wyglądał bardziej jak 25-letni młodzian, niż głowa rodziny i tata prawie dorosłych dzieci. Zmarnowany został potencjał dwóch dobrych aktorek - Rachel Weisz i Susan Sarandon.

Jest jeszcze jeden aspekt, który czyni "Nostalgię anioła" filmem - może już nie tyle złym - co kontrowersyjnym. Mi po obejrzeniu, najbardziej utkwiła w pamięci postać pedofila grana przez Tucci'ego. Nie wiem czy to celowy zabieg Jacksona, kunszt Tucci'ego, czy też po prostu złe poprowadzenie historii. Niepokojący jest jednak fakt, że jedyną postacią "z krwi i kości" wydaje się być właśnie psychopata. A może to epilog trylogii "złego smaku"?

Arek

10 mar 2010

TAK NA OKO #10: CZTEREJ PANCERNI I CZOŁG.


Liban
reż. Samuel Maoz
Francja/Izrael/Liban/Niemcy 2009r.
AP Manana





Był kiedyś film o „facecie w łódce”. W niektórych kręgach stał się niemal kultowy, dlatego też pomysł podchwycili inni filmowcy i postanowili nakręcić własną, lepszą wersję – „film o czterech facetach w czołgu”.


Na zdrowy rozum film wojenny, którego akcja toczy się wewnątrz żelaznej puszki (żegnajcie panoramy, jazdy kamery i plany ogólne) to strzał kolano. Tym bardziej, że pasażerami pojazdu nie są dziarscy i przystojni chłopcy w typie Janka Kosa z „Czterech Pancernych”, tylko sklecona na szybko grupka, pełnych zwyczajnych ludzkich wątpliwości żołnierzy, dla których obsługa maszyny to bardziej kara niż nobilitacja. Zamiast Szarika mamy zastrzelonego, dogorywającego osła, a zamiast Marusi - Libankę, która straciła całą rodzinę. A Rudy 102 to po prostu Hippo. No wieje ponuractwem na kilometr. Kto to w ogóle będzie oglądał?


Zapewne niewielu (śladowa ilość kopii). Ale ci, którzy się zdecydują nie powinni żałować. „Liban” to kawałek wspaniałego, bezkompromisowego kina. Kina, które (używając wyświechtanego frazesu) „mówi”, kina które ukazuje prawdę o człowieku w sytuacji zagrożenia. W dodatku kina, które mimo braku technicznych nowinek jest wizualnym majstersztykiem.


Jest takie powiedzenie, że „mistrza poznaje się po ograniczeniach”. Idąc tym tropem, w „Libanie” mistrzów mamy co najmniej sześciu – czwórkę głównych aktorów (brawa), scenarzystę i reżysera Samuela Maoza (owacja na stojąco) oraz operatora Giora Bejacha (beatyfikacja). Aktorzy, którzy wcielili się w izraelskich żołnierzy pilotujących czołg, wspaniale wygrali emocje towarzyszące egzystowaniu w klaustrofobicznej przestrzeni, gdzie jeden błąd może kosztować życie. Samuel Maoz pokazał, że wystarczy kilka metrów kwadratowych do zrobienia świetnego kina wojennego. A to co zrobił Bejach, to już operatorskie mistrzostwo świata. Wspaniale sfilmował wnętrze czołgu, podkreślając związane z nim przestrzenne ograniczenia (którym sam musiał się poddać). Sugestywnie sfilmował klaustrofobiczną przestrzeń, która staje się kameralną sceną ludzkich dramatów. Sugestywność obrazu uzyskał zarówno poprzez skupienie uwagi na detalach wnętrza pojazdu (liczniki, wskaźniki), jak i podkreśleniu nieprzyjaznych warunków przestrzeni - wilgoci i ciepła. Przez taką prezentację, wnętrze czołgu nabiera niemalże wymiaru infernalnego, co wydaje się być jasnym komunikatem twórców – „wojna to piekło”.


Operatorski kunszt Bejacha przejawia się również poprzez wspaniały zabieg formalny związany z filmowaniem tzw. „świata zewnętrznego”. Zdarzenia, które dzieją się poza czołgiem widzimy z perspektywy peryskopu. Oglądamy, a właściwie podglądamy (ma to pewien vouyerystyczny wydźwięk) je oczami bohaterów, którzy zamknięci w blaszanej puszce wydają się być odseparowani od „życia na zewnątrz”. Ich oknem na świat staje się właśnie peryskop z celownikiem. Peryskop i oko stają się jednym medium. Maszyna i człowiek stają się „jednością”. To „zrośnięcie się” czołgu z „ludzką tkanką” podkreśla jeden ze najstraszniejszych aspektów wojny. W obliczu zagrożenia żołnierz nie porzuci swojej ludzkiej fizyczności. Nadal będzie podatny na rany i obrażenia. Ale może się z nimi oswoić zmieniając swoją mentalność – z tej człowieczej (pełnej wątpliwości) na mechaniczną, gdzie moralność stoi tylko po jego stronie. Aktem heroizmu jest ocalenie swojego człowieczeństwa. Maoz zdaje się mieć taką nadzieję, o czym świadczy – spinające film klamrą - ostatnie ujęcie na polu słoneczników, gdzie kamera umieszczona jest już na zewnątrz czołgu. Bo jak głosi motto wyryte na tabliczce wewnątrz pojazdu - "człowiek jest ze stali, a czołg tylko z żelaza" ...


„Liban” ma jeszcze jeden niezaprzeczalny walor. Mimo osadzenia akcji w ścisłych realiach historycznych (początek wojny libańskiej) jest to film apolityczny. Maoz skupił się na ludzkich dramatach - zarówno izraelskich żołnierzy, jak i libańskich cywili. Znamienne jest to, że film jest koprodukcją izraelsko-libańską, co podkreśla jego „ekumeniczny” wydźwięk.


Na koniec chciałbym napisać o pewnym krzepiącym spostrzeżeniu. Schyłek 2009 roku należał do „Libanu”. Film zdobył Złotego Lwa w Wenecji i szereg innych nagród. Doceniono zdjęcia, za które Bejach zasłużenie otrzymał Złotą Żabę na (jeszcze) łódzkim Camerimage. Początek obecnego roku należy do filmu „The Hurt Locker”, który swój triumfalny przemarsz zakończył Oscarem za najlepszy film. Czyżby nastała nowa (złota, sądząc po nagrodach) era kina wojennego?


Arek


4 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 2: TARANKINO.


Pojedynek nr 2. Dziś starcie źle przetłumaczonej dziewczyny z bękartami alternatywnej wojny.



Bękarty wojny

Reż. Quentin Tarantino

Niemcy/USA 2009r.

UIP





O „Bękartach” napisano już dużo. Solidarna sekta Wyznawców Geniuszu Jedynego Słusznego Quentina Tarantino czuwa, więc wolę nie wychylać się i przemilczeć pewne „niedociągnięcia” filmu. Uważam, że jeśli chodzi o gatunkowo-postmodernistyczne gierki w kinie, to lepsi w te klocki są bracia Coen. Co nie zmienia faktu, że „Bękarty wojny” Tarantino wyszły. Ba, uważam że po „Pulp Fiction” to najlepszy film reżysera (wybaczcie, nie jestem w stanie dostrzec rzekomej „wielkości” „Wściekłych psów”, czy też „Kill Billa”, choć uważam, że druga część jest bardzo dobra).


Dlaczego kupiłem „Bękarty wojny”? Przede wszystkim dlatego, że w końcu Tarantino zaczął kraść z historii Kina przez duże K, a nie rozmaitych filmów klasy B, C, D, Z (vide „Grindhouse”, czy „Kill Bill”). Zamiast filmu karate, filmu kaskaderskiego, kina blaxploitation, mamy Jeana Renoira, Leni Riefenstahl (ideowo bardzo dyskusyjna, ale arcymistrzowska jeśli chodzi o kinową formę), Marcela Carne, King Konga, film noir i wiele innych „oczek” puszczonych widzowi. Mi ta gierka z wielkim kinem bardziej przypadła do gustu, niż wypociny pokroju „Grindhouse’a”. Wisienką na torcie jest kapitalna rola Chrisa Waltza. Kreacja diabelnie inteligentnego nazistowskiego poligloty to perełka w gwiazdozbiorze Tarantino. Poza tym świetnym posunięciem jest ahistoryczna wizja świata, która zaspokaja prymitywne potrzeby drzemiące w człowieku – któż (a już w szczególności Polak) nie chciałby obejrzeć Hitlera dostające „za swoje”? Istny szarlatan z tego Tarantino – nie dość że dostarcza pierwszorzędną rozrywkę, to jeszcze funduje seans psychologiczny. Paradoksalnie najsłabiej wypadają tytułowe „Bękarty”. Choć może to już nie tyle wina reżyserskiego warsztatu, a aktorskiej błyskotliwości Waltza, który ukradł przedstawienie Pittowi. Ale koniec końców, to mimo wszystko bardzo dobry film Tarantino, który spokojnie załapałby się na nominację nawet w gronie okrojonym do pięciu filmów.


Arek




Była sobie dziewczyna

Reż. Lone Scherfig

Wielka Brytania 2009r.

Gutek Film





Na samym początku dołączę do grona maruderów i pochylę się nad dystrybutorem, który w genialny sposób przetłumaczył tytuł filmu. Jeśli ktoś w skomplikowanym tytule „An Education” doszukał się jakiejś dziewczyny, to znaczy że wyobraźnię ma naprawdę bujną. Tyle tytułem wstępu. A teraz do meritum.


Film Scherfig jest kolejnym dowodem na to, że więcej nie znaczy lepiej. Nominacja za najlepszy film to tylko zasługa poszerzenia „objętości” tej kategorii do dziesięciu filmów. Żeby było jasne – nie jest to film zły. Ale po obejrzeniu zostaje w pamięci mniej więcej tyle czasu, ile przeciętnemu Anglikowi zajmuje wypicie porannej herbaty. Historia wkraczającej w dorosłość Jenny (Carey Mulligan) to zgrabne połączenie „Kopciuszka” z „Pigmalionem”. Jenny na swej drodze spotyka przystojnego i dystyngowanego Davida (bardzo dobry Peter Sarsgaard). Wiktoriańskie wychowanie dziewczyny zostaje zderzone z wystawnym (na swój sposób libertyńskim, akcja dzieje się w „swingującym Londynie”) sposobem życia mężczyzny. Dużo starszy David staje się mentorem zahukanej Jenny. Jest dla niej chodzącym ideałem, niemalże nauczycielem życia (przypomnę, oryginalny tytuł to właśnie „An Education”).


Film ogląda się przyjemnie. Na pochwałę zasługuje wspaniałe aktorstwo – bardzo dobry Sarsgaard, bezbłędny (jak zwykle) Alfred Molina jako ojciec Jenny oraz świetna Emma Thompson w drugoplanowej roli. Ciekawe jest również stylizowanie Jenny na Audrey Hepburn. No i szlachetny morał w stylu „ucz się ucz …” ;). Film Scherfig chłonie się szybko i bezboleśnie. Równie szybko i bezboleśnie wycieka on z pamięci tuż po seansie.


Arek



27 lut 2010

TAK NA OKO #8: POKONANY.


Invictus
reż. Clint Eastwood
USA 2009r.
Warner Bros.







Po obejrzeniu „Invictusa” jestem skłonny przypuszczać, że film Eastwooda sfinansowała sama FIFA, aby zachęcić niezdecydowanych kibiców, którym dość opornie idzie kupowanie wejściówek na zbliżający się Mundial w RPA. Zawirowania historyczne zaważyły na tym, że w afrykańskim kraju „jest jak jest”, a tamtejsze obszary urbanistyczne to obecnie jedne z najmniej bezpiecznych miejsc na planecie. Nie dziwi więc ostrożność fanów futbolu, niezbyt garnących się do wyjazdu do egzotycznego kraju. Ale mogło być jeszcze gorzej. Na szczęście pojawił się heros, który trochę zmienił oblicze południowoafrykańskiej ziemi …


He’s name was Mandela. Nelson Mandela. Miał licencję na jednoczenie, mimo że materiał do łączenia był bardzo oporny. Bo jak tu pogodzić uciśnionych i sfrustrowanych czarnoskórych i przyzwyczajonych do swojej dominacji białych? Jak gwiazdka z nieba spadły mu Mistrzostwa Świata w Rugby w 1995r. O tym wydarzeniu opowiada najnowszy film Eastwooda. Nelson Mandela (Morgan Freeman) postanawia połączyć siły z kapitanem drużyny RPA w rugby - Francois Pienaarem (Matt Damon), by zjednoczyć kraj. Jeśli w każdej „prawdziwej historii” staralibyśmy się oszacować procentową zawartość pierwiastka „hollywódzkości”, to z pewnością w tej jego poziom zbliżałby się do granicy „100% cukru w cukrze”. Historia nietypowej „współpracy” Mandeli i Pienaara była takim scenariuszowy „gotowcem”, który tylko czekał na zielone światło wielkiego studia. Na horyzoncie pojawił się niezniszczalny Clint Eastwood, który miał gwarantować dobry poziom filmu. Jednak tym razem został pokonany …


Może się czepiam, ale najbardziej przeszkadzał mi w „Invictusie” propagandowy ferment, niebezpiecznie skręcający w stronę politycznej poprawności. Znając bezkompromisowość reżysera i jego dość kontrowersyjne sądy, jest to co najmniej dziwne. Może rzeczywiście to film na zlecenie FIFA, a mistrzostwa w rugby są zgrabną aluzją do nadchodzącego mundialu? Niby twórcy pokazują problemy kraju ogarniętego biedą i międzyrasowymi niesnaskami, jednak stanowią one tylko dodatek do pokrzepiającej historii. Mandela w interpretacji Freemana to pomnik z kości słoniowej. Po prostu chodzące dobro. Co zdanie to życiowa mądrość nadająca się na opis Gadu-Gadu. Takie zero-jedynkowe naszkicowanie postaci Mandeli, nieświadomie czyni z niego chodzącą karykaturę. Chyba rzeczywiście za tą deifikacją prezydenta kryły się partykularne cele reżysera, który po raz kolejny chciał zedrzeć z siebie łatkę zatwardziałego konserwatysty z tendencjami narodowościowymi. Być może uznał, że autoironia w „Gran Torino” została niedostrzeżona przez większość widzów, dlatego spróbował raz jeszcze się "wybielić"?


Przy posągowym Freemanie, który wygląda jakby chciał dostojnym krokiem Mandeli wytuptać sobie Oscara, lepiej wypada Matt Damon. Uwagę przykuwa nie tylko potężna muskulatura, ale również bardzo wyważona gra aktorska. Damon nie szarżuje, pozostaje w cieniu swojego ekranowego „partnera” i przez to wiele zyskuje – w jego przypadku sprawdza się maksyma, że „mniej znaczy więcej”. Trzeci bohater filmu – rugby – prezentuje się bez zarzutu. Eastwood to sprawny reżyser, który wie jak pokazywać widowiskowe sekwencje. Odszedł od realistycznego (telewizyjnego) filmowania meczów, na rzecz relacji z centrum „pola bitwy”. Skupia się na przeżyciach zawodników, starając się ukazać zespołowego ducha, który ma być inspiracją do jednoczenia się białych i czarnych mieszkańców RPA.


„Invictus” jest w gruncie rzeczy prostą historią „ku pokrzepieniu serc”. Pokazuje tylko pewne aspekty przełomowych czasów w historii RPA. Razi jednostronnością i marginalizacją negatywnych aspektów przemian w kraju. Irytuje patetyczną grą Freemana. Jasne, że to film made in Hollywood. Jednak po Eastwoodzie spodziewałem się czegoś więcej.



Arek


11 lut 2010

TAK NA OKO #6: KSIĄŻĘ, CZY KSIĘŻNICZKA?


Adam
Reż. Max Mayer

USA 2009r.

Imperial – Cinepix





Ostatnio miałem przyjemność obejrzeć dwa współczesne filmy traktujące o tzw. „związkach” – „Once” oraz „500 dni miłości”. Poprzez ukazanie przysłowiowej „ciemniej strony księżyca” relacji między kobietą a mężczyzną (choć zakończenie „500 dni…” razi mnie trochę zbytnim optymizmem), dość wysoko podniosły poprzeczkę oczekiwań wobec innych filmów o podobnej tematyce.

„Adam” to kolejna „nietypowa” komedia romantyczna z nutką melodramatu. Sytuacja wyjściowa wydaje się być o wiele bardziej skomplikowana, niż w przypadku dwóch ww. dzieł. Film zaczyna się od hitchcockowskiego „trzęsienia ziemi”. Umiera ojciec tytułowego Adama (Hugh Dancy). Chłopak zostaje sierotą. Co więcej, zdajemy sobie sprawę, że mężczyzna może mieć o wiele większe problemy z zaadaptowaniem się do nowej sytuacji niż przeciętny człowiek. Cierpi bowiem na zespół Aspergera (łagodną formę autyzmu), który w pewnym stopniu utrudnia nawiązywanie relacji z innymi ludźmi. Wydaje się, że chłopak będzie miał przechlapane. Jednak „love is on the way”! Do kamienicy Adama przeprowadza się atrakcyjna przedszkolanka Beth (Rose Byrne). Adam wpada jej w oko. Przez swoją chorobę wydaję się być dla niej ciekawą osobą. Z pewnością ciekawszą niż ex-chłopak, o którym Beth wypowiada się w niezbyt pochlebnych słowach. Jest dużym dzieckiem, przez co wzbudza w poczciwej kobiecie instynkt opiekuńczy.

Jak można się spodziewać, przez dalszą część filmu śledzimy historię „związku” głównych bohaterów. Zastanawiamy się: uda się, czy się nie uda? Beth coraz bardziej fascynuje się Adamem. Adam przywiązuje się do kobiety. Właśnie kierunek przepływu i rodzaj uczuć, wydają się być najciekawszym aspektem filmu. W pewnym sensie jest to historia księżniczki i pastucha. Na pierwszy rzut oka „pastuchem” wydaje się być Adam – nieśmiały, upośledzony towarzysko, mający swój świat, w dodatku cierpiący na uciążliwą chorobę. Księżniczką – pewna siebie, atrakcyjna, dość majętna (ma bogatego tatusia) Beth. Ale to przecież Beth podejmuje inicjatywę. To ona zakochuje się/zauroczyła się w Adamie. A Adam? Trudno stwierdzić co odczuwa. Jego choroba nie pozwala jednoznacznie ocenić co dokładnie czuje, choć częściową odpowiedź otrzymujemy w zakończeniu filmu. Kto jest więc pastuszkiem, a kto księżniczką? Albo raczej księciem? Znamienne, że w czołówce filmu pojawia się voice over, w którym Beth wypowiada dość znaczący cytat z „Małego Księcia” …

Pomimo tego ciekawego przesunięcia akcentów, „Adam” nie doskoczył do „Once” i „500 dni miłości”. Ogląda się go bez bólu, nawet z przyjemnością, nie kłuje w oczy, ale trochę razi swoją naiwnością, przez co wylatuje z pamięci dość szybko. Jasne, że taka jest konwencja. W końcu film korzysta z dobrodziejstw inwentarza komedii romantycznej. Jednak można było go bardziej „odbrązowić”. Bo obawiam się, że po obejrzeniu filmu niektórzy faceci zaczną wierzyć, że choroba psychiczna bądź jakieś fizyczne upośledzenie, mogą być kluczem do serc fajnych/ładnych dziewczyn. Niech mają jednak świadomość, że liczba łóżek w szpitalu jest ograniczona.

P.S. Zwróćcie uwagę na akcent Hugh Dancy'ego. Zdębiałem, gdy dowiedziałem się, że jest angielskim aktorem.


Arek

4 lut 2010

TAK NA OKO #5: MAN'S GOT TO KNOW HIS LIMITATIONS.

The Limits of Control
reż. Jim Jarmusch

USA/Hiszpania/Japonia 2009r.

Best Film




Tym zgrabnym bon motem posłużył się Brudny Harry w „Sile Magnum”. Jim Jarmusch chyba nigdy tego filmu nie widział – w przeciwnym razie nie nakręciłby czegoś takiego, jak „The Limits of Control”.


„Czegoś takiego” jest tu zwrotem jak najbardziej zasadnym, gdyż po niemal dwugodzinnym seansie wychodzimy (jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej) z sali kinowej co najmniej skonfundowani. Fabuła? Niby jest, ale jakby jej nie było. Równie dobrze majestatycznie kroczący przez wyludnioną Hiszpanię Isaach de Bankolé i wysmakowane zdjęcia Christophera Doyle’a mogłyby stanowić element kampanii jakiegoś biura podróży, organizującego wycieczki na Półwysep Iberyjski. Napięcie? Pojawia się od czasu do czasu, dając złudną nadzieję, że akcja ruszy pędem do przodu, po czym wszystko wraca do swojego niespiesznego rytmu… Bardzo niespiesznego… Baaardzooo niespieeeszneegooo…………


Jeżeli nie zaśniecie w trakcie, możecie próbować doszukiwać się jakiegoś sensu. I w sumie można go znaleźć, traktując dwugodzinną wędrówkę, anemiczne rozmowy z kolejnymi postaciami i tajemniczą grę powtarzającymi się symbolami, obrazami, dialogami jako podróż ku odkupieniu, nirwanie niemalże. Tak, „The Limits of Control” ma jakieś buddyjskie konotacje, a że wtajemniczony w ten system jakoś specjalnie nie jestem, pozostawało mi tylko domyślanie się. W efekcie wyglądało to tak, że przez cały seans zamiast relaksować się i podziwiać hiszpańskie krajobrazy (polecam takie właśnie nastawienie), wysilałem mózgownicę niemiłosiernie, a mój umysł krzyczał: „Ale tu musi przecież o coś chodzić! To nie mogą być po prostu zwykłe jaja! Jim, co chciałeś mi powiedzieć?!”


Reasumując – Jimowi polecam obejrzenie „Siły Magnum”. Z filmu tego dowie się, że powinien znać ograniczenia nie tylko swoje, ale i widzów.


Kino dla ludzi o mocnych nerwach.


Kamil

1 lut 2010

TAK NA OKO #4: SAPERMAN.


The Hurt Locker
reż. Kathryn Bigelow
USA 2008r.





Film Kathryn Bigelow uważany jest za jednego z oscarowych faworytów. Po obejrzeniu nie pozostaje mi nic innego, jak dołączyć do grona klakierów rozpływających się nad historią amerykańskiej jednostki saperów w Iraku. Ale po kolei.


W czołówce widzimy motto - "wojna jest jak narkotyk". Po takim początku z grubsza wiemy, że będziemy mieli do czynienia z bohaterami, którzy - parafrazując Johna Rambo - "w wojennym piekle czują się jak w domu". Główny protagonista, starszy sierżant William James (świetna kreacja Jeremy'ego Rennera) kocha wojnę. Kocha ryzyko, które wiąże się z jego profesją. William jest saperem. Najlepszym z najlepszych. Można powiedzieć, że jest gwiazdą w swojej dziedzinie. W pewnym momencie mówi, że rozbroił 873 ładunki przez całą służbę.

Czy jest kolejnym szaleńcem rzuconym w wir wojny? Okazuje się, że nie. W trakcie filmu dowiadujemy się, że James ma żonę i syna. Czemu więc z premedytacją zostawia ich i woli wyruszyć na kolejną batalię, która w każdej chwili może skończyć się jego śmiercią? Kluczowa dla zrozumienia motywacji bohatera wydaje się scena w supermarkecie. Ma kupić płatki owsiane, ale widząc setki różnych rodzajów nie może się zdecydować, które włożyć do koszyka. Na wojnie wybór jest prostszy. Ogranicza się do przysłowiowej "czerni i bieli", "zła i dobra". Jeśli wybierze źle - zginie, jeśli dobrze - przeżyje. Mimo swojego fachu, bohater nie jest zafascynowany przemocą. Paradoksalnie jest pacyfistą, który wierzy że może przysłużyć się w słusznej sprawie (pomaga arabskiemu chłopakowi sprzedającemu płyty dvd, dodaje otuchy swoim kompanom, próbuje rozbroić ładunek i uratować samobójcę). Gdzie mu tam do filmowych demonów wojny pokroju majora Kilgore'a z "Czasu Apokalipsy", czy sierżanta Barnesa z "Plutonu".

Film jest znakomity nie tylko przez świetne naszkicowane sylwetki bohaterów. Frapujące są rozwiązania formalne i pomysły fabularne. Sceny akcji saperów są naprawdę emocjonujące. Duża w tym zasługa umiejętnemu wkomponowaniu w nie tzw. mikro-zdarzeń, zwiększających dramaturgię. Oglądając poczynania jednostki, naprawdę jesteśmy w stanie uwierzyć, że w każdej chwili może dojść do tragedii. Zaskakujący jest też anty-pojedynek snajperski na pustyni, pozbawiony jakiegokolwiek patosu i efekciarstwa (vide "Wróg u bram"). Napięcie ewokowane jest poprzez ukazanie przeciwników na skraju wyczerpania fizycznego i psychicznego (z detalem przywołującym styl filmów Sergia Leone).

Mniej więcej w połowie filmu pojawia się postać grana przez Ralpha Fiennesa. Patrząc na obsadę, spokojnie można uznać, że jest on największą gwiazdą w "The Hurt Locker". Ale zanim zdążymy się oswoić z jego obecnością na ekranie, grany przez niego bohater ginie od przypadkowej kuli. Spóźnił się o ułamek sekundy, jego rywal pierwszy pociągnął za spust. W tej scenie, w sposób najbardziej dobitny udało się Bigelow ukazać nieprzewidywalność i ślepą sprawiedliwość wojny. Nie liczą się stopnie i odznaczenia. Trzeba szybko podejmować decyzje. Alternatyw jest mniej, a zasady gry są klarowniejsze. Właśnie dlatego William wyżej od tzw. normalnego życia, ceni wojenną zawieruchę. A recenzent kinową wojnę w Iraku od łubu-dubu na Pandorze.

Arek

31 sty 2010

TAK NA OKO #3: SPRAWA PONOWNIE OTWARTA (NIESTETY...).


Sherlock Holmes
reż. Guy Ritchie
USA/Niemcy 2009r.
Warner Bros.




Guy Ritchie wiódł sobie spokojny żywot jednego z najbardziej uzdolnionych brytyjskich reżyserów młodego pokolenia. Za stosunkowo niewielkie pieniądze kręcił efektowne a zarazem niegłupie kino sensacyjne, okraszone czarnym, wyspiarskim humorem. Aż pewnego razu do jego drzwi zapukali Amerykanie z Warnera. „Dzień dobry. Mamy propozycję nie do odrzucenia. Dajemy Panu 90 milionów baksów, a Pan wskrzesi za nie Sherlocka Holmesa. Dlaczego Pan? No bo jest Pan Brytyjczykiem, w dodatku trendy Brytyjczykiem, no i wiemy, że Pana małżeństwo się sypie, więc będzie mógł Pan zapełnić czas po ewentualnym rozstaniu. Więc jak Panie Ritchie? Przyjmuje Pan zlecenie?”


Ritchie przyjął. Wprawdzie bez Jasona Stathama, ale za to z dużym budżetem, miał przenieść pierwszego superbohatera popkultury (o latających Panach w pelerynkach, z gaciami założonymi na spodnie jeszcze nikt wówczas nie myślał) w XXI wiek. Przesłanki były obiecujące, więc wywnioskował, że jest skazany na kasowy i artystyczny sukces:
1.mam Roberta Downeya Jr. – świetnego, przystojnego, kasowego aktora;
2.mam Jude’a Law – świetnego, przystojnego, kasowego i brytyjskiego aktora;
3.sam jestem Brytyjczykiem - jak nikt inny „czuję” Holmesa;
4.90 milionów dolarów to bardzo dużo - mogę stworzyć prawdziwie autorską wizję (a do tego nieźle zarobić);
5.wniosek – to musi się udać, wchodzę w to!

Czy się udało? Dla mnie powrót Sherlocka nie okazał się zbyt efektowny. Z ekranu zwyczajnie wieje nudą. Fabuła? Ciąg bardziej lub mniej spektakularnych pogoni, demolek z zagadką w tle. Zagadka? Mógłby rozwiązać ją zwykły chałturnik, szkoda talentu Holmesa. Aktorstwo? Jasne, że Downey Jr., Law, czy Mark Strong grają świetnie. Jest jednak pewne „ale”. Patrząc na grę Downeya odnoszę dziwne wrażenie, że po „Iron Manie” jedynym pomysłem twórców na tego świetnego aktora, jest wyciśnięcie z niego jak największych pokładów cynizmu. A to przy piątym razie może okazać się zwyczajnie nudne. Zdjęcia? Wprawdzie mamy pięknie sfotografowany XIX-wieczny Londyn. Ale gdy zdajemy sobie sprawę z rozmaitych F/X-owych ingerencji (podkolorowane niebo, błeee) czar pryska. Ritchie? W pewnych momentach udało mu się przemycić część „siebie”. Chociażby w efektownych scenach mordobić (czuć „Przekrętem” na kilometr) z ciekawymi „futurospekcjami” w slow motion. Pozostaje jednak uczucie niedosytu. Z takimi aktorami i technicznym zapleczem, to mógł być naprawdę dobry film. Co przyczyniło się do tego, że efekt jest – łagodnie mówiąc – dość średni?

Oczywiście nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to film hollywoodzki. Twórca musiał kierować się nie tylko autorską wizją, ale i zadbać o rachunek ekonomiczny. I ta sztuka się udała – w samych Stanach film zwrócił się dwukrotnie. Sequel przesądzony … Trochę mi to nie w smak. Dla mnie „sprawa mogłaby zostać zamknięta” po tych dwóch godzinach seansu.

Arek