GOLDEN SLUMBERS. BLOG MUZYCZNO - FILMOWY NA CZASY KRYZYSU.

Żyjemy w czasach, w których Czesia z "Klanu" pisze książkę o tym jak stać się sławną, a idiota wspinający się po piorunochronie jest postacią kultową. Dlatego tak bardzo potrzebne są w Polsce prawdziwe autorytety. A blog "Golden Slumbers" to prawda 24 razy na akapit.

7 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 5: OSTATNI BĘDĄ PIERWSZYMI.


Na kilkanaście godzin przed wręczeniem nagród, ostatnie dwa filmy ubiegające się o najważniejszą statuetkę. "The Hurt Locker" i "W chmurach" były już recenzowane na łamach bloga. Sam uważam je za dwa najlepsze a k t o r s k i e filmy (jest jeszcze animowany "Odlot") z grona nominowanych. Większe szanse daje mimo wszystko "The Hurt Locker".


The Hurt Locker
reż. Kathryn Bigelow
USA 2008r.




Dla mnie faworyt nr 1: "Po obejrzeniu nie pozostaje mi nic innego, jak dołączyć do grona klakierów rozpływających się nad historią amerykańskiej jednostki saperów w Iraku (...) Film jest znakomity nie tylko przez świetne naszkicowane sylwetki bohaterów. Frapujące są rozwiązania formalne i pomysły fabularne (...) Bigelow udało się ukazać nieprzewidywalność i ślepą sprawiedliwość wojny." Pełna recenzja TUTAJ.




W chmurach
reż. Jason Reitman
USA 2009r.
UIP




O "W chmurach" pisałem: "Główny bohater „W chmurach” Ray Bingham – zagrany oscarowo przez George’a Clooneya - (...) jest w pewnym sensie postacią będącą zwierciadłem naszych czasów (...) Wznosząc się w tytułowe chmury na pokładzie samolotów American Airlines, podkreśla swój status człowieka pozbawionego korzeni (...) ".
Wersję reżyserską recenzji znajdziecie TUTAJ.

* * *

Wieczorem ostatni akt przedoscarowego odliczania. Podsumowanie i typowanie :)

Arek

6 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 4: CZARNO-BIALI.


Traf chciał, że w dzisiejszym bloku pojawią się dwa filmy, które w moim odczucie są najsłabszymi pozycjami z grona nominowanych dzieł. Jednym z motywów przewodnich w obydwu filmach jest obraz rodziny. W "The Blind Side" mamy do czynienia z miłosiernymi (i białymi) Samarytaninami, przygarniając
ymi pod swój dach bezdomnego i jednocześnie bardzo utalentowanego murzyńskiego chłopca. Obraz rodziny w "Precious" można podsumować klasycznym sloganem Dzidka Niedzielskiego z "Superprodukcji" - "sex & przemoc". Czerń i biel (dosłownie).



Precious
reż. Lee Daniels
USA 2009r.




Film Lee Danielsa zdobył już niezliczoną ilość nagród. Poczynając od tych zgarniętych na "poważnych" festiwalach (Toronto, San Sebastian) do triumfalnego przemarszu na zeszłorocznym Sundance, gdzie "Precious" wygrała wszystko, łącznie z nagrodą publiczności.

Hojna okazała się również Akademia, która przydzieliła filmowi aż 6 nominacji. Czy zasłużenie? Sprawa jest dyskusyjna. O ile nie mam wątpliwości, że nagrodę dla najlepszej aktorki drugoplanowej zgarnie Mo'Nique - która stworzyła jeden z najbardziej przerażających obrazów matki we współczesnym kinie - to już nad resztą bym się zastanowił. Nawet nad laurem dla debiutującej na ekranie Gabourey Sidibe. Nie wiem na ile wcielenie się w rolę tytułowej Precious było "wejściem w skórę postaci", a na ile "odtworzeniem siebie".

W "Precious" twórcy pokazują piekło rodzinnego domu. Psychopatyczna matka serwuje swojej córce przysłowiową "jesień średniowiecza". Każda scena z udziałem Mo'Nique to psychiczna gehenna dla widza. W swojej postaci skumulowała nieprawdopodobną ilość złej woli, którą mogłaby obdzielić tuziny współczesnych schwarzcharakterów. Precious ma więc przerąbane. Co więcej okazuje się, że stała się również ofiarą molestowania seksualnego swojego ojca, w wyniku którego zaszła w ciążę. Trzeba oddać Danielsowi, że jego film naprawdę epatuje rodzinnym okrucieństwem i (co zadziwiające) stawia w niekorzystnym świetle afroamerykanów, co jest odważnym posunięciem ze strony reżysera, który również przynależy do tej społeczności.

Mając bardzo ciekawy punkt wyjścia, Daniels niestety "położył" film. Historia zaczyna robić się przewidywalna. Szlachetna Precious podejmuje naukę w szkole wyrównawczej, rodzi dziecko, w końcu zaczynają otaczać ją dobrzy ludzie - koleżanki, nauczycielka, grana przez Mariah Carey środowiskowa psycholożka, troskliwy pielęgniarz o twarzy Lenny'ego Kravitza. To przejście z (idąc biblijnym tropem) piekła do nieba jest zabiegiem podkreślającym ową "baśniową" stronę dzieła (dochodzą tutaj jeszcze fantazje Precious o byciu wielką gwiazdą). Jednak dla mnie podana jest zbyt dosadnie, abym był w stanie w nią uwierzyć.

P.S. Jeśli istniałaby kategoria - "najlepszy plakat" - to tutaj "Precious" wygrałby w cuglach. Rzućcie okiem na amerykański poster. Arcydzieło.

Arek



The Blind Side
reż. Joe Lee Hancock
USA 2009r.
Warner Bros.





Co tu by napisać. Może zacząć od tego, że to największa kompromitacja Akademii w tym roku? W sumie to widząc plakat, wiedziałem czego się spodziewać. Nie zawiodłem się. Otrzymałem ponad dwie godziny przecukrzonego do granic możliwości "amerykańskiego kiczu", którego jedynym jasnym punktem jest (tego się nie spodziewałem) Sandra Bullock. Nie dość, że super z niej laska, to w końcu fajnie gra.

Film Hancocka stał się jednym z największych komercyjnych sukcesów zeszłego roku. W sumie to idealne dzieło na czasy kryzysu. W pamięć zapada scena, kiedy bogata rodzina Tuohy dzieli się indykiem z wziętym z ulicy (dosłownie) Michaelem (Quinton Aaron). Aż sie popłakałem. Choć bynajmniej nie ze wzruszenia.

Nie chodzi o to, że nie lubię pozytywnych historii z happy-endem na ekranie. Jak dziecko bawiłem się na "Slumdogu", wzruszałem się na "Across the Universe". Ale "The Blind Side" nie zdzierżyłem. Historia jest tak sztuczna (mimo że oparta na faktach), tak przewidywalna, że poległem. Dla jednych może być krzepiąca. Dla mnie muląca, jak przeterminowany pączek. Gdyby nie Sandra, gwiazdka byłaby jedna.

P.S. Wiem, że recenzja nie jest może zbyt merytoryczna, ale o czym tu pisać do cholery?

Arek

5 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 3: PRZYLOTY I ODLOTY.

Kolejny dzień przynosi kolejne przedoscarowe recenzje. Dziś jedyna animacja w gronie szczęśliwej dziesiątki, będąca zarazem kolejnym wybitnym dziełem „spłodzonym” przez magiczny duet Disney & Pixar. Drugi film to sygnowana nazwiskiem Petera Jacksona „najtańsza superprodukcja” w historii kina. Jeśli za tak niewielkie pieniądze twórcom udało się stworzyć cholernie efektowny film, to jestem ciekaw co by było gdyby dostali tyle kasy co Cameron albo Michael Bay …



Dystrykt 9
Reż. Neill Blomkamp
Nowa Zelandia/USA 2009r.
ITI Cinema






Jeśli wierzyć IMDB, budżet „Dystryktu 9.” wyniósł 30 milionów dolarów, choć na ekranie widać tyle jakby wpompowano w niego tych milionów ze 130. Film Blomkampa otrzymał błogosławieństwo specjalisty od zadań niemożliwych Petera Jacksona, co z pewnością było jednym z „języczków uwagi”, które przyciągnęły gawiedź do kin.

Jeśli spróbowalibyśmy sklasyfikować przynależność gatunkową filmu, to moglibyśmy określić go jako swoisty mash-up dramatu społecznego i s.-f. Reportażowa estetyka służy zaprezentowaniu nietypowej historii krewetko-podobnych kosmitów, którzy wskutek awarii swojego środku transportu utknęli na przedmieściach … Johannesburga (znów
RPA …). A ponieważ są dosłownie „obcymi gośćmi”, rządowi nie pozostaje nic innego jak zapewnienie im jako-takich warunków bytowych. Zostaje więc stworzona kolejna enklawa dla „mniejszości” – zjawisko jakże powszechne w zglobalizowanym i kosmopolitycznym świecie. O asymilacji nie ma mowy. To nawet nie obca kultura, tylko obca rasa! Właśnie aspekt owej „kosmicznej emigracji”, pozwala spojrzeć na film Blomkampa nie tylko przez pryzmat efektownej historii s.-f., ale odebrać go jako osobliwy komentarz do palącej kwestii powstawania etnicznych gett na świecie. Kto podróżował po Europie Zachodniej, ten wie jak wyglądają „narodowe” dzielnice w dużych aglomeracjach.

„Dystrykt 9.” jest z pewnością jedną z najciekawszych pozycji s.-f. ostatnich lat. Za śmiesznie małe pieniądze, twórcom udało się stworzyć sugestywną historię o przybyszach z obcej planety, którzy ani myślą o wysłaniu rodzaju ludzkiego na łono Abrahama. Ba znaleźli się na Ziemi przypadkowo, a ich populacja zaczyna się powiększać. A to nadprogramowe „rozmnażanie” skłania decydentów to zwrotu polityki wobec obcych z – nazwijmy ją umownie - socjalnej na militarną. Rozlew krwi jest nieunikniony. Podobnie jak - szalenie kinowy - manichejski konflikt, między poczciwym Wikusem Van De Merwe (Sharlto Copley) a „czystym złem” reprezentowanym przez psychopatycznego żołnierza Craiga Weldona (Nick Boraine). Wilk syty i owca cała. To film zarówno dla fanów kosmicznych zadym, jak i osób z publicystycznym zacięciem.

Arek





Odlot
Reż. Peter Docter, Bob Peterson
USA 2009r.
Forum Film






Osoby które trochę mnie znają wiedzą, że jestem bezkrytyczny wobec każdego dzieła wyprodukowanego przez magiczną fabrykę Disneya i Pixara. No przykro mi, ale przez 15 lat nie popełnili złego filmu. Co więcej, przyglądając się twórczości Disney&Pixar w sposób całościowy, dostrzec można niezwykłą swoistą strategię w takim a nie innym doborze historii, bohaterów etc.. Zaryzykować można nawet stwierdzenie, że dziesięć dotychczasowych filmów D&P to tak naprawdę jeden wielki film, którego ukoronowaniem jest właśnie „Odlot”.

W tym momencie nie chcę jednak zdradzać szczegółów. Na „rozkminkę” wszystkich smaczków w bajkach D&P przyjdzie stosowna pora. Póki co w tej quasi recenzji ograniczę się jedynie do ogólnikowych stwierdzeń, a właściwie jednego – nadrzędnego – stwierdzenia. Z grona dziesięciu nominowanych filmów „Odlot” jest chyba filmem n a j l e p s z y m. Ale mimo to, nie uważam że powinien zgarnąć główną nagrodę. Zostawmy Oscara za najlepszy film dziełom aktorskim. Filmy animowane niech walczą na swoim podwórku. Tam „Odlot” nagrodę ma w kieszeni, choć uczciwie muszę przyznać, że „Fantastyczny Pan Lis” (recenzja wkrótce!) to również niebanalna animacja.

Napiszę niewiele. Ot po prostu polecę film dla wszystkich. To nie tylko bajka dla dzieci, ale również (a może przede wszystkim) dla dorosłych. Ku pokrzepieniu. Życie pisze różne scenariusze. Ale n i g d y nie jest za późno aby ten scenariusz poprawić. Jeśli tylko jesteśmy w stanie skonfrontować się z naszymi marzeniami i uparcie dążyć do ich spełnienia. Po prostu musimy obudzić w sobie olbrzyma.

Arek

4 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 2: TARANKINO.


Pojedynek nr 2. Dziś starcie źle przetłumaczonej dziewczyny z bękartami alternatywnej wojny.



Bękarty wojny

Reż. Quentin Tarantino

Niemcy/USA 2009r.

UIP





O „Bękartach” napisano już dużo. Solidarna sekta Wyznawców Geniuszu Jedynego Słusznego Quentina Tarantino czuwa, więc wolę nie wychylać się i przemilczeć pewne „niedociągnięcia” filmu. Uważam, że jeśli chodzi o gatunkowo-postmodernistyczne gierki w kinie, to lepsi w te klocki są bracia Coen. Co nie zmienia faktu, że „Bękarty wojny” Tarantino wyszły. Ba, uważam że po „Pulp Fiction” to najlepszy film reżysera (wybaczcie, nie jestem w stanie dostrzec rzekomej „wielkości” „Wściekłych psów”, czy też „Kill Billa”, choć uważam, że druga część jest bardzo dobra).


Dlaczego kupiłem „Bękarty wojny”? Przede wszystkim dlatego, że w końcu Tarantino zaczął kraść z historii Kina przez duże K, a nie rozmaitych filmów klasy B, C, D, Z (vide „Grindhouse”, czy „Kill Bill”). Zamiast filmu karate, filmu kaskaderskiego, kina blaxploitation, mamy Jeana Renoira, Leni Riefenstahl (ideowo bardzo dyskusyjna, ale arcymistrzowska jeśli chodzi o kinową formę), Marcela Carne, King Konga, film noir i wiele innych „oczek” puszczonych widzowi. Mi ta gierka z wielkim kinem bardziej przypadła do gustu, niż wypociny pokroju „Grindhouse’a”. Wisienką na torcie jest kapitalna rola Chrisa Waltza. Kreacja diabelnie inteligentnego nazistowskiego poligloty to perełka w gwiazdozbiorze Tarantino. Poza tym świetnym posunięciem jest ahistoryczna wizja świata, która zaspokaja prymitywne potrzeby drzemiące w człowieku – któż (a już w szczególności Polak) nie chciałby obejrzeć Hitlera dostające „za swoje”? Istny szarlatan z tego Tarantino – nie dość że dostarcza pierwszorzędną rozrywkę, to jeszcze funduje seans psychologiczny. Paradoksalnie najsłabiej wypadają tytułowe „Bękarty”. Choć może to już nie tyle wina reżyserskiego warsztatu, a aktorskiej błyskotliwości Waltza, który ukradł przedstawienie Pittowi. Ale koniec końców, to mimo wszystko bardzo dobry film Tarantino, który spokojnie załapałby się na nominację nawet w gronie okrojonym do pięciu filmów.


Arek




Była sobie dziewczyna

Reż. Lone Scherfig

Wielka Brytania 2009r.

Gutek Film





Na samym początku dołączę do grona maruderów i pochylę się nad dystrybutorem, który w genialny sposób przetłumaczył tytuł filmu. Jeśli ktoś w skomplikowanym tytule „An Education” doszukał się jakiejś dziewczyny, to znaczy że wyobraźnię ma naprawdę bujną. Tyle tytułem wstępu. A teraz do meritum.


Film Scherfig jest kolejnym dowodem na to, że więcej nie znaczy lepiej. Nominacja za najlepszy film to tylko zasługa poszerzenia „objętości” tej kategorii do dziesięciu filmów. Żeby było jasne – nie jest to film zły. Ale po obejrzeniu zostaje w pamięci mniej więcej tyle czasu, ile przeciętnemu Anglikowi zajmuje wypicie porannej herbaty. Historia wkraczającej w dorosłość Jenny (Carey Mulligan) to zgrabne połączenie „Kopciuszka” z „Pigmalionem”. Jenny na swej drodze spotyka przystojnego i dystyngowanego Davida (bardzo dobry Peter Sarsgaard). Wiktoriańskie wychowanie dziewczyny zostaje zderzone z wystawnym (na swój sposób libertyńskim, akcja dzieje się w „swingującym Londynie”) sposobem życia mężczyzny. Dużo starszy David staje się mentorem zahukanej Jenny. Jest dla niej chodzącym ideałem, niemalże nauczycielem życia (przypomnę, oryginalny tytuł to właśnie „An Education”).


Film ogląda się przyjemnie. Na pochwałę zasługuje wspaniałe aktorstwo – bardzo dobry Sarsgaard, bezbłędny (jak zwykle) Alfred Molina jako ojciec Jenny oraz świetna Emma Thompson w drugoplanowej roli. Ciekawe jest również stylizowanie Jenny na Audrey Hepburn. No i szlachetny morał w stylu „ucz się ucz …” ;). Film Scherfig chłonie się szybko i bezboleśnie. Równie szybko i bezboleśnie wycieka on z pamięci tuż po seansie.


Arek



3 mar 2010

OSCAROWE ODLICZANIE - CZĘŚĆ 1: DAWID I GOLIAT.


Dzisiaj zgodnie z zapowiedzią rozpoczynamy recenzowanie nominowanych filmów. Na pierwszy ogień dwa filmy serwujemy istny pojedynek między Dawidem i Goliatem. Dawidem jest z pewnością „A Serious Man”. Obraz żydowskich łowców nagród - braci Coen, otrzymał zaledwie dwie nominacje, a tą w najważniejszej kategorii zawdzięcza chyba tylko rozpasaniu Akademii Filmowej, która w tym roku postanowiła nominować nie pięć, a dziesięć filmów. Goliat to rzecz jasna „Avatar”, wyreżyserowany przez kanadyjskiego łowcę dolarów. O hiperprodukcji Camerona napisano już wszystko. Od 10 tygodni niebieska epopeja pląd
ruje kieszenie kinomanów, napychając kiesę „króla świata”. Na dodatek wraz z „The Hurt Locker” zgarnęła rekordową w tym roku ilość – 9 nominacji. Zapewne wiecie jak skończyła się historia Dawida i Goliata. Nie twierdzimy akurat, że to film braci Coen – mimo, że jest lepszy (przyp. Arka) - pokona w oscarowej batalii dzieło Camerona. Ale już „The Hurt Locker” … Kto wie, kto wie … Zapraszamy do przeczytania recenzji.



A Serious Man

Reż. Joel Coen, Ethan Coen

Francja/USA/Wlk. Brytania 2009r.





Na przestrzeni lat, bracia Coen stali się nadwornymi twórcami – przepraszam za wyrażenie – ambitnego kina, które nie dość, że dostarcza sporo „materiału do przemyśleń” („To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Fargo”, „Barton Fink”), to jeszcze sprawia przyjemność w odbiorze. Ale istnieją dwie strony medalu. Jedni (m. in. Ja) zachwycają się postmodernistycznymi gierkami braci, uważając, że kryje się za nimi głębszy sens. Inni zaś dostrzegają w nich jedynie hochsztaplerów, którzy pod płaszczykiem „intelektualnego kina” opowiadają w gruncie rzeczy proste i efekciarskie historie bez jakiegokolwiek „drugiego dna”. A jak sprawa wygląda w przypadku „A Serious Man”?


Po skończonym seansie stwierdziłem – tym razem nic nadzwyczajnego, ot kolejne solidne dzieło Coenów. Dobrze poprowadzona narracja, świetne zdjęcia (pytam się – gdzie nominacja dla Deakinsa?), bardzo dobre aktorstwo – czyli to do czego Coenowie zdążyli nas przyzwyczaić. Film w sam raz na jeden raz? No właśnie nie do końca. W „A Serious Man” jest coś co podświadomie każe wrócić do niego ponownie. Coenowie wykorzystują formę przypowieści, aby nakreślić historię Larry’ego Gopnika (Michael Stuhlbarg) – żydowskiego everymana, który w ich historii staje figurą współczesnego Hioba. Neurotyczny Gopnik to człowiek „który cierpi za miliony”. Fatalne zbiegi okoliczności, zsyłają na głównego bohatera nieszczęścia. Ciekawe jest to, że oprócz biblijnego tropu, możemy tutaj znaleźć pewną aluzję socjologiczną. Gopnik jako Żyd jest ofiarą prześladowania, staje się „kozłem ofiarnym”. Ale co istotniejsze – jest prześladowany nie przez WASPów (jedyny ich reprezentant – sąsiad – mimo groźnego wyglądu nie przejawia agresji wobec Larry’ego), ale przez własną, żydowską społeczność.


To intrygujące przesunięcie jest smaczkiem, który skłania do ponownego pochylenia się nad tym pozornie „prostym” filmem. W każdym filmie braci, przedstawiona rzeczywistość nosi w sobie pewien walor nierealności. W zależności od filmu, wrażenie to ewokowane jest albo przez dekonstrukcję przestrzeni – pokój w „Bartonie Finku”, biurowiec w „Hudsucker Proxy”, albo poprzez narracyjne zaburzenia – „Człowiek, którego nie było”, bądź też dziwne postaci – zabójca w „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W „A Serious Man” owa zagadkowość przedstawionego świata - poza samą figurą głównego bohatera - podkreślana jest chociażby poprzez przeestetyzowane, niemal reklamowe zdjęcia Rogera Deakinsa. Estetyzacja przestrzeni przedmieścia oraz wnętrz podkreśla pewną umowność prezentowanego świata. Umowna jest też posiadająca paraboliczny wymiar historia Gopnika. „A Serious Man” to przypowieść o współczesnym Hiobie. O ile jednak biblijny bohater za niezłomną wiarę i pokorne znoszenie cierpienia został wynagrodzony przez Boga, to już Larry wcale nie musi być tego pewny.


Reasumując. Wg mnie, z grona dziesięciu nominowanych obrazów „A Serious Man” nie jest rzecz jasna filmem najlepszym, ale zdecydowanie najbardziej frapującym.


P.S. Przy okazji – stawiam piwo temu, kto pierwszy znajdzie pewne nawiązanie do „twórczości” Woody’ego Allena. Dla ułatwienia podpowiem, że wcale nie chodzi o jego filmy.


Arek



Avatar

Reż. James Cameron

USA/Wlk. Brytania 2009r.

Imperial – Cinepix







„Avatar” udowadnia, że dzisiaj do podbicia świata nie potrzebna jest dobra historia. Wystarczy piękne opakowanie.

Dla jednych film Camerona będzie „Pocahontas” w przestrzeni kosmicznej. Dla drugich to skrzyżowanie „Matrixa”, drugiej części „Obcego” i „Gwiezdnych wojen”. Dla jeszcze innych - wysokobudżetowa akcja ekologiczna. Część może dostrzec w „Avatarze” alegorię amerykańsko-irackiego konfliktu zbrojnego. Wyznawcy New Age i wszyscy zainteresowani kultami pogańskimi będą prawdopodobnie zachwyceni pięknym, epickim portretem społeczności plemienia Na’vi. Spora grupa upatrywać będzie w tej kosmicznej historii odniesień do, leżącej u podstaw kultury amerykańskiej, eksterminacji Indian. Możliwości odczytań „Avatara” jest całkiem sporo - szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że tak prost(acki)e fabuły gościmy na naszych ekranach bardzo rzadko.

Tryumfalny przemarsz obrazu Camerona przez światowe ekrany już dzisiaj, można to śmiało powiedzieć, zapisał się w historii kina. Dobrze czy źle - o tym filmie będzie się mówić, podkreślając box-office’owe osiągnięcia i wysmakowaną stronę wizualną, stworzoną przy użyciu najnowszych technologii cyfrowych. Wykorzystane w „Avatarze” efekty komputerowe spełniły swoją rolę w sposób perfekcyjny – umożliwiły wykreowanie świata, który trudno by „powołać do życia” za pomocą innych środków. Ich dokładność w połączeniu z plastyczną wyobraźnią twórców sprawiają, że to, co widzimy na ekranie, jest niezwykle spójne. Dzięki temu, pomimo naukowo-fantastycznej otoczki, gotowi jesteśmy w całości zanurzyć się w niesamowity świat planety Pandora. Niestety, bogactwo i złożoność migających przed naszymi oczami układów pikseli nijak się ma do ubóstwa fabuły, którą raczą nas twórcy.

Filmowa historia kuleje niemiłosiernie i konia z rzędem temu, kto doszuka się tu choć krzty oryginalności. Cameron nie pozostawia zbyt wiele miejsca na niejasności – grubą kreską oddziela tych dobrych od tych złych. Źli są mordujący Na’vi żołnierze marines, a także pracownicy korporacji, która przywłaszczyć chce drogocenne złoża znajdujące się na obcej planecie. Dobrzy są naukowcy, którzy stanowią pomost między ziemianami a miejscową ludnością. I oczywiście Na’vi – słabsze(?), podbijane plemię, w sposób niemalże organiczny zżyte z naturą i swoją planetą. Stanowi ono także uosobienie pierwiastka duchowego, nadprzyrodzonego, ostentacyjnie i uparcie kontrastowanego ze zmechanizowanymi zastępami przepełnionych agresją oraz żądzą zysku złych Amerykanów. Nie mamy przy tym wątpliwości, po czyjej stronie leży sympatia twórców.

Film Camerona pokazuje, dlaczego warto zaufać technologii cyfrowej we współczesnym kinie rozrywkowym. Dzięki niej na dwie i pół godziny możemy odpłynąć w inną, choćby najbardziej wymyślną rzeczywistość. Z drugiej strony „Avatar” ostrzega przed sytuacjami, w których technika wychodzi na pierwszy plan i bierze górę nad tym, co faktycznie było kiedyś istotą filmu – dobrą historią. Cameron, być może niechcący, pokazuje też inną ciekawą zależność odnoszącą się do nas samych – kiedyś, aby się „rozerwać”, potrzebowaliśmy ciekawej fabuły, dzisiaj coraz częściej zadowalamy się ładnym opakowaniem.

Kamil