
The Hurt Locker
reż. Kathryn Bigelow
USA 2008r.


W chmurach
reż. Jason Reitman
USA 2009r.
UIP

Wersję reżyserską recenzji znajdziecie TUTAJ.
Wieczorem ostatni akt przedoscarowego odliczania. Podsumowanie i typowanie :)
Arek











Odlot
Reż. Peter Docter, Bob Peterson
USA 2009r.
Forum Film

Osoby które trochę mnie znają wiedzą, że jestem bezkrytyczny wobec każdego dzieła wyprodukowanego przez magiczną fabrykę Disneya i Pixara. No przykro mi, ale przez 15 lat nie popełnili złego filmu. Co więcej, przyglądając się twórczości Disney&Pixar w sposób całościowy, dostrzec można niezwykłą swoistą strategię w takim a nie innym doborze historii, bohaterów etc.. Zaryzykować można nawet stwierdzenie, że dziesięć dotychczasowych filmów D&P to tak naprawdę jeden wielki film, którego ukoronowaniem jest właśnie „Odlot”.
W tym momencie nie chcę jednak zdradzać szczegółów. Na „rozkminkę” wszystkich smaczków w bajkach D&P przyjdzie stosowna pora. Póki co w tej quasi recenzji ograniczę się jedynie do ogólnikowych stwierdzeń, a właściwie jednego – nadrzędnego – stwierdzenia. Z grona dziesięciu nominowanych filmów „Odlot” jest chyba filmem n a j l e p s z y m. Ale mimo to, nie uważam że powinien zgarnąć główną nagrodę. Zostawmy Oscara za najlepszy film dziełom aktorskim. Filmy animowane niech walczą na swoim podwórku. Tam „Odlot” nagrodę ma w kieszeni, choć uczciwie muszę przyznać, że „Fantastyczny Pan Lis” (recenzja wkrótce!) to również niebanalna animacja.
Napiszę niewiele. Ot po prostu polecę film dla wszystkich. To nie tylko bajka dla dzieci, ale również (a może przede wszystkim) dla dorosłych. Ku pokrzepieniu. Życie pisze różne scenariusze. Ale n i g d y nie jest za późno aby ten scenariusz poprawić. Jeśli tylko jesteśmy w stanie skonfrontować się z naszymi marzeniami i uparcie dążyć do ich spełnienia. Po prostu musimy obudzić w sobie olbrzyma.
Bękarty wojny
Reż. Quentin Tarantino
Niemcy/USA 2009r.
UIP
O „Bękartach” napisano już dużo. Solidarna sekta Wyznawców Geniuszu Jedynego Słusznego Quentina Tarantino czuwa, więc wolę nie wychylać się i przemilczeć pewne „niedociągnięcia” filmu. Uważam, że jeśli chodzi o gatunkowo-postmodernistyczne gierki w kinie, to lepsi w te klocki są bracia Coen. Co nie zmienia faktu, że „Bękarty wojny” Tarantino wyszły. Ba, uważam że po „Pulp Fiction” to najlepszy film reżysera (wybaczcie, nie jestem w stanie dostrzec rzekomej „wielkości” „Wściekłych psów”, czy też „Kill Billa”, choć uważam, że druga część jest bardzo dobra).
Dlaczego kupiłem „Bękarty wojny”? Przede wszystkim dlatego, że w końcu Tarantino zaczął kraść z historii Kina przez duże K, a nie rozmaitych filmów klasy B, C, D, Z (vide „Grindhouse”, czy „Kill Bill”). Zamiast filmu karate, filmu kaskaderskiego, kina blaxploitation, mamy Jeana Renoira, Leni Riefenstahl (ideowo bardzo dyskusyjna, ale arcymistrzowska jeśli chodzi o kinową formę), Marcela Carne, King Konga, film noir i wiele innych „oczek” puszczonych widzowi. Mi ta gierka z wielkim kinem bardziej przypadła do gustu, niż wypociny pokroju „Grindhouse’a”. Wisienką na torcie jest kapitalna rola Chrisa Waltza. Kreacja diabelnie inteligentnego nazistowskiego poligloty to perełka w gwiazdozbiorze Tarantino. Poza tym świetnym posunięciem jest ahistoryczna wizja świata, która zaspokaja prymitywne potrzeby drzemiące w człowieku – któż (a już w szczególności Polak) nie chciałby obejrzeć Hitlera dostające „za swoje”? Istny szarlatan z tego Tarantino – nie dość że dostarcza pierwszorzędną rozrywkę, to jeszcze funduje seans psychologiczny. Paradoksalnie najsłabiej wypadają tytułowe „Bękarty”. Choć może to już nie tyle wina reżyserskiego warsztatu, a aktorskiej błyskotliwości Waltza, który ukradł przedstawienie Pittowi. Ale koniec końców, to mimo wszystko bardzo dobry film Tarantino, który spokojnie załapałby się na nominację nawet w gronie okrojonym do pięciu filmów.
Arek
Była sobie dziewczyna
Reż. Lone Scherfig
Wielka Brytania 2009r.
Gutek Film
Na samym początku dołączę do grona maruderów i pochylę się nad dystrybutorem, który w genialny sposób przetłumaczył tytuł filmu. Jeśli ktoś w skomplikowanym tytule „An Education” doszukał się jakiejś dziewczyny, to znaczy że wyobraźnię ma naprawdę bujną. Tyle tytułem wstępu. A teraz do meritum.
Film Scherfig jest kolejnym dowodem na to, że więcej nie znaczy lepiej. Nominacja za najlepszy film to tylko zasługa poszerzenia „objętości” tej kategorii do dziesięciu filmów. Żeby było jasne – nie jest to film zły. Ale po obejrzeniu zostaje w pamięci mniej więcej tyle czasu, ile przeciętnemu Anglikowi zajmuje wypicie porannej herbaty. Historia wkraczającej w dorosłość Jenny (Carey Mulligan) to zgrabne połączenie „Kopciuszka” z „Pigmalionem”. Jenny na swej drodze spotyka przystojnego i dystyngowanego Davida (bardzo dobry Peter Sarsgaard). Wiktoriańskie wychowanie dziewczyny zostaje zderzone z wystawnym (na swój sposób libertyńskim, akcja dzieje się w „swingującym Londynie”) sposobem życia mężczyzny. Dużo starszy David staje się mentorem zahukanej Jenny. Jest dla niej chodzącym ideałem, niemalże nauczycielem życia (przypomnę, oryginalny tytuł to właśnie „An Education”).
Film ogląda się przyjemnie. Na pochwałę zasługuje wspaniałe aktorstwo – bardzo dobry Sarsgaard, bezbłędny (jak zwykle) Alfred Molina jako ojciec Jenny oraz świetna Emma Thompson w drugoplanowej roli. Ciekawe jest również stylizowanie Jenny na Audrey Hepburn. No i szlachetny morał w stylu „ucz się ucz …” ;). Film Scherfig chłonie się szybko i bezboleśnie. Równie szybko i bezboleśnie wycieka on z pamięci tuż po seansie.
Arek
A Serious Man
Reż. Joel Coen, Ethan Coen
Francja/USA/Wlk. Brytania 2009r.
Na przestrzeni lat, bracia Coen stali się nadwornymi twórcami – przepraszam za wyrażenie – ambitnego kina, które nie dość, że dostarcza sporo „materiału do przemyśleń” („To nie jest kraj dla starych ludzi”, „Fargo”, „Barton Fink”), to jeszcze sprawia przyjemność w odbiorze. Ale istnieją dwie strony medalu. Jedni (m. in. Ja) zachwycają się postmodernistycznymi gierkami braci, uważając, że kryje się za nimi głębszy sens. Inni zaś dostrzegają w nich jedynie hochsztaplerów, którzy pod płaszczykiem „intelektualnego kina” opowiadają w gruncie rzeczy proste i efekciarskie historie bez jakiegokolwiek „drugiego dna”. A jak sprawa wygląda w przypadku „A Serious Man”?
Po skończonym seansie stwierdziłem – tym razem nic nadzwyczajnego, ot kolejne solidne dzieło Coenów. Dobrze poprowadzona narracja, świetne zdjęcia (pytam się – gdzie nominacja dla Deakinsa?), bardzo dobre aktorstwo – czyli to do czego Coenowie zdążyli nas przyzwyczaić. Film w sam raz na jeden raz? No właśnie nie do końca. W „A Serious Man” jest coś co podświadomie każe wrócić do niego ponownie. Coenowie wykorzystują formę przypowieści, aby nakreślić historię Larry’ego Gopnika (Michael Stuhlbarg) – żydowskiego everymana, który w ich historii staje figurą współczesnego Hioba. Neurotyczny Gopnik to człowiek „który cierpi za miliony”. Fatalne zbiegi okoliczności, zsyłają na głównego bohatera nieszczęścia. Ciekawe jest to, że oprócz biblijnego tropu, możemy tutaj znaleźć pewną aluzję socjologiczną. Gopnik jako Żyd jest ofiarą prześladowania, staje się „kozłem ofiarnym”. Ale co istotniejsze – jest prześladowany nie przez WASPów (jedyny ich reprezentant – sąsiad – mimo groźnego wyglądu nie przejawia agresji wobec Larry’ego), ale przez własną, żydowską społeczność.
To intrygujące przesunięcie jest smaczkiem, który skłania do ponownego pochylenia się nad tym pozornie „prostym” filmem. W każdym filmie braci, przedstawiona rzeczywistość nosi w sobie pewien walor nierealności. W zależności od filmu, wrażenie to ewokowane jest albo przez dekonstrukcję przestrzeni – pokój w „Bartonie Finku”, biurowiec w „Hudsucker Proxy”, albo poprzez narracyjne zaburzenia – „Człowiek, którego nie było”, bądź też dziwne postaci – zabójca w „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W „A Serious Man” owa zagadkowość przedstawionego świata - poza samą figurą głównego bohatera - podkreślana jest chociażby poprzez przeestetyzowane, niemal reklamowe zdjęcia Rogera Deakinsa. Estetyzacja przestrzeni przedmieścia oraz wnętrz podkreśla pewną umowność prezentowanego świata. Umowna jest też posiadająca paraboliczny wymiar historia Gopnika. „A Serious Man” to przypowieść o współczesnym Hiobie. O ile jednak biblijny bohater za niezłomną wiarę i pokorne znoszenie cierpienia został wynagrodzony przez Boga, to już Larry wcale nie musi być tego pewny.
Reasumując. Wg mnie, z grona dziesięciu nominowanych obrazów „A Serious Man” nie jest rzecz jasna filmem najlepszym, ale zdecydowanie najbardziej frapującym.
P.S. Przy okazji – stawiam piwo temu, kto pierwszy znajdzie pewne nawiązanie do „twórczości” Woody’ego Allena. Dla ułatwienia podpowiem, że wcale nie chodzi o jego filmy.
Arek
Avatar
Reż. James Cameron
USA/Wlk. Brytania 2009r.
Imperial – Cinepix
Dla jednych film Camerona będzie „Pocahontas” w przestrzeni kosmicznej. Dla drugich to skrzyżowanie „Matrixa”, drugiej części „Obcego” i „Gwiezdnych wojen”. Dla jeszcze innych - wysokobudżetowa akcja ekologiczna. Część może dostrzec w „Avatarze” alegorię amerykańsko-irackiego konfliktu zbrojnego. Wyznawcy New Age i wszyscy zainteresowani kultami pogańskimi będą prawdopodobnie zachwyceni pięknym, epickim portretem społeczności plemienia Na’vi. Spora grupa upatrywać będzie w tej kosmicznej historii odniesień do, leżącej u podstaw kultury amerykańskiej, eksterminacji Indian. Możliwości odczytań „Avatara” jest całkiem sporo - szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że tak prost(acki)e fabuły gościmy na naszych ekranach bardzo rzadko.
Tryumfalny przemarsz obrazu Camerona przez światowe ekrany już dzisiaj, można to śmiało powiedzieć, zapisał się w historii kina. Dobrze czy źle - o tym filmie będzie się mówić, podkreślając box-office’owe osiągnięcia i wysmakowaną stronę wizualną, stworzoną przy użyciu najnowszych technologii cyfrowych. Wykorzystane w „Avatarze” efekty komputerowe spełniły swoją rolę w sposób perfekcyjny – umożliwiły wykreowanie świata, który trudno by „powołać do życia” za pomocą innych środków. Ich dokładność w połączeniu z plastyczną wyobraźnią twórców sprawiają, że to, co widzimy na ekranie, jest niezwykle spójne. Dzięki temu, pomimo naukowo-fantastycznej otoczki, gotowi jesteśmy w całości zanurzyć się w niesamowity świat planety Pandora. Niestety, bogactwo i złożoność migających przed naszymi oczami układów pikseli nijak się ma do ubóstwa fabuły, którą raczą nas twórcy.
Filmowa historia kuleje niemiłosiernie i konia z rzędem temu, kto doszuka się tu choć krzty oryginalności. Cameron nie pozostawia zbyt wiele miejsca na niejasności – grubą kreską oddziela tych dobrych od tych złych. Źli są mordujący Na’vi żołnierze marines, a także pracownicy korporacji, która przywłaszczyć chce drogocenne złoża znajdujące się na obcej planecie. Dobrzy są naukowcy, którzy stanowią pomost między ziemianami a miejscową ludnością. I oczywiście Na’vi – słabsze(?), podbijane plemię, w sposób niemalże organiczny zżyte z naturą i swoją planetą. Stanowi ono także uosobienie pierwiastka duchowego, nadprzyrodzonego, ostentacyjnie i uparcie kontrastowanego ze zmechanizowanymi zastępami przepełnionych agresją oraz żądzą zysku złych Amerykanów. Nie mamy przy tym wątpliwości, po czyjej stronie leży sympatia twórców.
Film Camerona pokazuje, dlaczego warto zaufać technologii cyfrowej we współczesnym kinie rozrywkowym. Dzięki niej na dwie i pół godziny możemy odpłynąć w inną, choćby najbardziej wymyślną rzeczywistość. Z drugiej strony „Avatar” ostrzega przed sytuacjami, w których technika wychodzi na pierwszy plan i bierze górę nad tym, co faktycznie było kiedyś istotą filmu – dobrą historią. Cameron, być może niechcący, pokazuje też inną ciekawą zależność odnoszącą się do nas samych – kiedyś, aby się „rozerwać”, potrzebowaliśmy ciekawej fabuły, dzisiaj coraz częściej zadowalamy się ładnym opakowaniem.
Kamil